Dorośli, a w bajki wierzą.

W życiu codziennym, często sami sobie z tego nie zdając sprawy, poddajemy się myśleniu magicznemu. Bo czy naprawdę sądzimy, że wciśnięcie kilkukrotnie guzika windy sprawi, że zjedzie ona szybciej? Że siła woli sprawi, że piłkarze, którym kibicujemy strzelą gola? Codzienne magiczne rytuały wykonujemy, bo chcemy wierzyć, że w jakimś stopniu są skuteczne. To działanie czysto psychologiczne. Na szczęście w biznesie takiego myślenia nie stosujemy… Czyżby?

W pogoni za białym królikiem.


Świat biznesu, technologii i ekonomii co jakiś czas opanowuje jakaś moda, która sprawia, że nasze myślenie krytyczne zostaje wyłączone, a zamiast tego przenosimy się w krainę magii. Serce zaczyna bić szybciej, a portfele otwierają się szeroko, byśmy mogli załapać się na inwestycję życia. W końcówce zamierzchłych lat ’90 białym królikiem w ubraniu, niosącym zegarek kieszonkowy, było hasło „dot-com”. Splot okoliczności gospodarczych, moda na nową usługę i owczy pęd sprawiły, że każda firma chciała być dot-comem. Na „obiecujące” pomysły biznesowe pieniądze płynęły szerokim strumieniem, nawet jeśli biznesplan spisany był na kawiarnianej serwetce, a firma nie miała żadnego doświadczenia w biznesie nowej generacji. Jak się to skończyło nie trudno się domyśleć. Bańka internetowa pękła i rzesze inwestorów zostały z bezwartościowymi akcjami w ręku.

Wejdźmy drugi raz do tej samej rzeki.

Czy czegoś to nas nauczyło? Bynajmniej. Nowy totemem stały się nieruchomości. Wiara w ich moc zyskiwania na wartości krzewiła się najpierw za Oceanem, a później trafiła i do Polski. W USA, kredyty hipoteczne dostawiali nawet bezrobotni, podpadający pod kategorię NINJA (z ang. No Income, No Job, No Assets). Na jakiej podstawie racjonalni inwestorzy wierzyli, że ceny nieruchomości będą rosnąć w nieskończoność, ciągnąc za sobą gospodarkę pompowaną tanimi kredytami jak sterydami? Odpowiedzią znów jest magia i zapewnienia wybitnych ekonomistów, że trend będzie trwał. I jak w przypadku dot-comów, życzenia zderzyły się z twardymi zasadami ekonomii. No, ale do trzech razy sztuka. Może w przyszłości zaklęcia przyniosą w końcu oczekiwany efekt?

Gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Nie twierdzę, że mamy do czynienia z kolejną bańką spekulacyjną. Kryzys finansowy dość mocno dał nam się we znaki, sytuacja gospodarcza wciąż pozostawia wiele do życzenia, ale w świadomości inwestorów już pojawiają się jaskółki nadchodzącej hossy. Dość więc zmartwień, przestańmy wciąż spoglądać na gospodarkę Chin, czy Europę pogrążoną w problemach z imigrantami i spadające ceny surowców. Czas na radosne inwestycje, zgodnie ze wskazaniami nowej mody. A co jest teraz na topie?

Nowy leksykon pojęć magicznych.

Startup – słowo klucz nadużywane i odmieniane przez wszystkie przypadki. W opinii wielu początkujących przedsiębiorców, każde przedsięwzięcie można nazwać startupem. Im mniej rozwinięte tym lepiej, bo przecież warto inwestować w genialny pomysł, a nie w coś co ma już struktury, trakcję i rzetelnie przygotowany biznesplan. Zachłyśnięci historiami sukcesów młodych milionerów, domorośli twórcy aplikacji z garażu, ruszają w świat rekinów biznesu i w większości kończą swoją przygodę, gdy wydadzą już wszystkie oszczędności chowane w materacu. O tym, jak poważnie trzeba podejść do przygody z biznesem, zasługuje na osobny wpis.

Chmura (lub jak kto woli Cloud)– magiczne miejsce, w którym nasze pliki mogą być dostępne z każdego urządzenia z dostępem do Internetu, niewrażliwe na skasowanie z fizycznych nośników. Mało kto zadaje sobie pytanie o sposób działania chmury, bo i po co? Dopóki oczywiście nie wyciekną poufne dane, czy nagie zdjęcia celebrytek. Bo chmura, to tylko miejsce na serwerze gdzieś w bliżej nieokreślonym (zazwyczaj) miejscu. Może więc warto zastanowić się nad powrotem do fizycznych form przechowywania danych, a jedynie je dobrze zabezpieczyć, np. poprzez wykorzystanie macierzy?

Internet Rzeczy – kolejny termin, którego znajomość jest we współczesnym świecie biznesowo-technologicznym nieodzowna. Upraszczając – to sytuacja, w której przedmioty codziennego użytku wymieniają między sobą dane poprzez sieć. Oślepieni blaskiem idei, dzięki której ekspres do kawy w idealnym momencie zaparzy nam latte, bo dowie się od budzika, że już wstaliśmy, tracimy z oczu zagrożenia. W jednej z Ambasad, wspomniane ekspresy, komunikując się z siecią wi-fi poprzez umieszczone w nich chipy, dostosowywały rytm pracy do użytkowników tejże sieci. Sieć, jak to w Ambasadach, była należycie chroniona. Ale już same chipy w ekspresach nie. Stały się więc koniem trojańskim umożliwiającym infiltrację strzeżonych tajemnic, którego na szczęście szybko odkryto.

Można mnożyć przykłady, ale jedno pozostaje niezmienne. Jeśli będziemy bezkrytycznie wierzyć w biznesowe mody, technologiczne nowinki, czy przepisy na zarobienie fortuny w weekend, skończymy szybko z pustym portfelem, wściekli na szamanów, którym daliśmy się przekonać. Bo łatwy pieniądz nie istnieje. No chyba, że trafi nam się passa w kasynie…
Trwa ładowanie komentarzy...